piątek, 25 grudnia 2020

Nieoczekiwana gwiazdka z nieba

      Każdego roku w Wigilię wychodzę na spacer. I nie jest to byle spacer, tylko tak naprawdę wyprawa po jemiołę. Gdyby ktoś mnie zapytał dlaczego to robię, myślę że musiałabym dłużej pomyśleć, żeby odpowiedziać, na to z jednej strony oczywiste pytanie, ale czy aby na pewno? Te malutkie białe kuleczki na jemiole są niczym takie perełki szczęścia, bo jakby nie spojrzeć wokół mróz i zima, a one jako jedyne "owoce" sobie rosną. No i jakże by nie kojarzyć jemioły, chociażby z filmów, gdzie główni bohaterowie zawsze w święta się godzą i całują pod nią. Wydawałoby się, że poza jemiołą nic już do szczęścia nie potrzeba, ale czy na pewno...? Dotychczas moje coroczne wyprawy po jemiołę nie zmieniły zasadniczo niczego w moim życiu, no może poza tym, że mój pokój nabierał więcej zieleni i czuć w nim było święta. Jednak ten rok był zupełnie niespodziewany. Niczym jakby spadła gwiazdka z nieba. 

Koniec listopada/początek grudnia

     Była to sobota. Jeden z najgorszych dni tygodnia. Niby jest wolna i można zająć się sobą i różnymi rzeczami, na które nie miało się w środku tygodnia czasu, ale dla mnie co tydzień ten dzień jest pełen niemocy. Zaczyna się od rana, kiedy po wstaniu z łóżka odkrywam, że dziś znowu nie mam humoru, ale tym razem jeszcze bardziej niż w pozostałe dni. Jednak nie to jest najgorsze. Najgorsza to jest nie chęć do robienia czegokolwiek i niemożność jakiegokolwiek skupienia się. Gdyby tylko to ostatnie działało w soboty to w ciągu roku czytałabym o wiele więcej romansideł. Z marnych pięciu liczba poszybowałaby do czterdziestu ośmiu (bo tyle mniej więcej jest sobót w ciągu roku). Ale może to nawet lepiej, że nie czytam ich tylu. Gdyby wyobrazić sobie świat według powieści romantycznej to wystarczyłoby, żebym wyszła na ulicę i pierwszy mężczyzna, z którym się zderzę to byłby ten jedyny. Ale czy aby na pewno ten jedyny istnieje naprawdę? Czy może trzeba spotkać kilku tych "jedynych", żeby zdać sobie sprawę, że tak naprawdę żaden z nich nim nie był?

     Była to sobota. Robiłam wtedy wszystko i nic, kiedy nagle z głośników radia usłyszałam dźwięki pewnej piosenki. I ten męski głos... brzmiał jakoś dziwnie znajomo... Wsłuchałam się w tekst. The moments that we never had. Historia ułożona ze słów brzmiała także znajomo, a głos powoli zaczynał odnajdywać swojego właściciela. Nie! Przecież to nie możliwe! Jak on może to śpiewać skoro nigdy nie widziałam go śpiewającego i żadnego pociągu w tym kierunku. A jednak to ON. W tym momencie zostałam pochłonięta natłokiem myśli tak mocno, że nie byłam w stanie myśleć o niczym innym. Te momenty, których nigdy nie mieliśmy wynikały z przeznaczenia, które często steruje życiem inaczej niż my byśmy chcieli. A było to tak, że wiele lat temu kiedy Thomas był zakochany we mnie, ja też byłam zakochana tyle, że w kimś innym. Genialnie napisany tekst piosenki mógłby wskazywać, że on nadal o tym myśli. A może to tylko zwykła piosenka, taka sama jak inne? Zaczęłam słuchać jej w pętli, aż za którymś tam razem zdałam sobie sprawę, że... j e s t e m  z a k o c h a n a. W nim. W końcu Thomasowi udało się znaleźć klucz do mojego serca. W najmniej oczekiwanym momencie. Im dłużej myślałam, tym więcej pytań zaczęło mnie nachodzić. Czy ta piosenka jest na pewno o nas czy może potem przeżył coś podobnego? I po drugie: czy ma dziewczynę? No bo koniec końców dziewczyny mają tak, że lubią wyobrażać sobie pewne rzeczy dodatkowo, żeby dajmy na to, historia była bardziej spójna i logiczna. Niczym zakręcone zadanie matematyczne dla geniuszy. No i teraz co? Przecież nie napiszę do niego i nie zapytam się wprost, bo może się okazać, że sobie coś uroiłam i etc. Zaczęłam się zastanawiałam co mogę zrobić, aż w końcu przyszedł mi do głowy genialny pomysł. 

     Święta zbliżały się wielkimi krokami. Już niespełna tydzień pozostał do Wigilii. A ja pełna radości i nadziei zmierzałam w kierunku poczty z kartką świąteczną w dłoni. Im byłam bliżej tym szybciej zaczynało bić moje serce i tym więcej wątpliwości zaczynało napełniać moją głowę. Ale kto nie ryzykuje ten nie wygrywa. Postanowiłam tyle nad tym nie myśleć. I po prostu ją wrzucić. Hop! Koperta z zawartością rozpoczęła swoją drogę, a mi pozostawało tylko cierpliwie czekać. Oby tylko doszła. I żeby Thomas dałby mi jakikolwiek znak jak dojdzie. Nawet negatywny. Chociaż nie oszukujmy się, że o wiele bardziej pożądanym był ten pozytywny. Obosz, dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że te dwa słowa dziwnie brzmią. Negatywny i pozytywny. Niczym jak wynik testu ciążowego lub wirusowego. No, ale cóż... nie zapeszajmy chwili.

Dzień świąt

     Właśnie po raz kolejny odczuwam jak męczące jest oczekiwanie. Aż zaczęłam sobie nucić w kółko piosenkę Álvara: Esperándote e e e e, esperándote e e e e, esperándote e e e e, esperando, esperando, esperándote e, con tus fotografías e e, en el mar ya perdidas e e e e e, esperándote, esperándote... Według moich obliczeń powinna już do niego dotrzeć. Wiem, jestem zafiksowana na punkcie matmy i obliczania różnych rzeczy, ale ja już tak mam, okej? Nadal brak sygnału. 

     Już było późno i powoli zbierałam się do snu, kiedy nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Zdziwiona i trochę zaniepokojona podeszłam i otworzyłam drzwi. Madre mia! To nie może być prawda! Stałam oko w oko z Thomasem. Uśmiechnął się do mnie i założył mi na głowę mikołajkową czapkę. 

-Wesołych Świąt! - powiedział.

-Wesołych Świąt! - odpowiedziałam, wciąż w szoku.

-Pomyślałem, że będzie lepiej jak osobiście podziękuję ci za kartkę. 

-Nie ma za co. Ale czekaj, skąd znałeś mój adres?

-A ty skąd znałaś mój? - odpowiedział pytaniem na pytanie - Jestem Sherlockiem.

-Ej! To miała być moja odpowiedź na pytanie. 

-No cóż... - odparł i podniósł głowę do góry, gdzie uśmiechały się już do niego białe perełki spośród zielonych liści. Pochylił się i pocałował mnie, a ja kątem oka ujrzałam spadającą gwiazdę.


poniedziałek, 5 października 2020

Idilio cz.2

      Rano obudziły mnie promienie wschodzącego słońca. Co mogło oznaczać tylko jedno - pięknie zapowiadający się dzień. Szybko wyskoczyłam z łóżka i ubrałam się w strój do biegania. Pamiętajcie, dzień bez joggingu to dzień stracony. Na idealne miejsce do biegania wybrałam promenadę nadmorską, gdzie nie dość, że rozciągał się boski widok, to jeszcze o tej godzinie było niewiele ludzi. Biegłam i wszystko było idealne. W słuchawkach pobrzmiewał mi hit Davida Bisbala, gdy nagle go ujrzałam (oczywiście nie chodzi tu o Bisbala ;D). Bosz, ten chico był niczym grecki bóg. Idealny w każdym calu. Ciekawe czy ma też idealną duszę? I nagle obraz się skończył i zobaczyłam ciemność.

     Nie wiem ile czasu minęło, ale wiem że znajdowałam się w jakimś obcym dla mnie miejscu. Sufit pokryty był wiosłami, a ja  leżałam na dmuchanym materacu, a dookoła mnie stały kajaki. Podniosłam się i w tym właśnie momencie do pomieszczenia wszedł ON. Mój chico perfecto. Był taki boski, że aż nierealny. A może mi się tylko tak wydawało, bo nie ocknęłam się jeszcze ostatecznie z omdlenia. 

-Jak się czujesz? - zapytał z troską w głosie.

-Już lepiej. Chyba nic mi już nie jest - i powiedziawszy to spróbowałam podnieść się jeszcze bardziej, lecz tylko mocniej zakręciło mi się w głowie.

-Powinnaś jeszcze trochę odpocząć, zanim stąd pójdziesz - powiedział siadając na skraju materaca - zapewne się zastanawiasz co się stało? - zapytał, a ja tylko pokiwałam głową, przez co on kontynuował - Biegłaś i nagle straciłaś przytomność, nie wiem dlaczego. Miałaś szczęście, że akurat przyszedłem do pracy i miałem otwierać tą budkę z kajakami. No i przyniosłem cię tutaj.

-Dziękuję ci najmocniej...

-Pedro. Mam na imię Pedro. Nie ma za co. Każdy by tak postąpił.

-Nie każdy, dlatego cieszę się, że na ciebie trafiłam, Pedro. - odparłam i po dłuższej chwili zapytałam - Długo byłam nieprzytomna?

-Z jakieś niecałe pół godziny. Trochę się wystraszyłem, że się nie obudzisz.

-Bez obaw. Myślę że jeszcze z godzinka i mi minie całkowicie - odrzekłam z uśmiechem.

-Jak już wydobrzejesz to zapraszam cię na kajaki. Pokażę ci piękne zatoczki w okolicy.

-Dzięki za zaproszenie. Wpadnę do ciebie jak skończysz pracę. 

     Kilka godzin później, po raz drugi już tego dnia kierowałam się w stronę budki z kajakami. No coż, nie moja wina, że tak mnie przyciąga do siebie. Tym razem miałam spędzić popołudnie z cudownym chłopakiem od kajaków, który uratował mi życie. I to jeszcze na kajakach, wiosłując do malowniczych zatoczek. Chyba nie mogłabym wymarzyć sobie lepszego popołudnia. Już z oddali zauważyłam jak Pedro do mnie macha. Czekał już na mnie z kajakiem. Jak mi powiedział zdecydował się na jeden podwójny, żebym się więcej nie frasowała po porannym incydencie. Kochany! Wypłynęliśmy na pełne morze (no może prawie pełne, bo brzeg był jeszcze widoczny). Po w miarę długim czasie wiosłowania dotarliśmy do celu. Akurat złożyło się tak, że nasze dopłynięcie złożyło się w czasie z zachodem słońca, więc mieliśmy naprawdę cudny widok. Niebo przybrało przeboskie żółto-pomarańczowe barwy, a promienie słońca odbijały się w tafli morza nadając zatoczce jeszcze bardziej bajkowego wyglądu. Usiedliśmy na plaży zapatrzeni w kolorowy horyzont rozciągający się przed naszymi oczami. Nie potrzebowaliśmy słów, aby czuć się dobrze w swoim towarzystwie i pięknie hiszpańskiego krajobrazu.


poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Idilio cz.1

      Zastanawialiście się kiedyś w ilu można być związkach na raz, tak aby żaden z twoich partnerów się nie skapnął? To dopiero musiałby być niezły wyczyn. Zwłaszcza wtedy, gdy jest się na wakacjach w słonecznej Hiszpanii. I stykasz się z mnóstwem przystojnych Hiszpanów. Och, marzenie! Jednak to działo się naprawdę. Jeśli doliczyć jeszcze alkohol, plaże i słońce to wyjdzie z tego szalona aventura.

     Po długim locie wreszcie wylądowałam w mojej ojczyźnie. Właściwie obywatelstwo mam zupełnie inne, jednak lubię tak mówić, bo w sercu czuję to czego nie ma w papierach. Otworzyłam drzwi do mojego pokoju hotelowego i rzuciłam się na łóżko, żeby uciąć sobie popołudniową siestę. Z postanowieniem, że wieczorem udam się na mały rekonesans miejscowości… 

     Było około godziny dziewiątej wieczorem. Ulice Hiszpanii zaczynały powoli budzić się do życia. Z ulicznych barów i dyskotek dochodziła taneczna muzyka, a sprzedawcy sklepików zachęcali do zakupów u nich. Weszłam do pobliskiego pubu. Usiadłam przy barze i zamówiłam kieliszek vino tinto i tapas. Tak wpatrzyłam się w zawartość kieliszka, że nie zdałam sobie sprawy, że obok mnie ktoś usiadł. Spojrzałam na niego. Uroda typowo hiszpańska. Taka mieszanka Shawna Mendesa z tym Miguelem co grał Rio w La casa de papel. Musiał wyczuć mój wzrok na sobie, bo spojrzał na mnie i się uśmiechnął.

-!Hola! ?Cómo estas?

-!Hola! Muy bien, ?y tu?

-Jestem Martin. Jesteś tu pierwszy raz, prawda?

-Tak. Skąd wiesz?

-Na pewno bym ciebie zapamiętał, a poza tym różnisz się od miejscowych dziewczyn…

-Mogłabym się dowiedzieć czym…?

-Jesteś sama. Jak się rozejrzysz dookoła to zobaczysz, że każdy jest w grupie swoich

znajomych lub rodziny.

-Ty też nie jesteś w grupie…

-Tyle tylko, że ja tu pracuję i właśnie przyszedłem. Ale nie przejmuj się znajdę ci companię.

-Codziennie tu pracujesz? - zapytałam się starając się skierować rozmowę na nieco inne tory.

-Prawie. Dwa dni w tygodniu mam wolne.

-I wtedy co robisz?

-No cóż… wiele rzeczy. Surfuję, ale nie po necie tylko falach, no i chodzę po barach i

podrywam.

-Jestem ciekawa jaki jest twój skuteczny sposób na podryw. Zdradzisz mi go?

-Takich rzeczy się nie mówi, ale jeśli pozwolisz się poderwać to się dowiesz…

-Uff ale się tutaj zrobiło gorąco. W sumie wychodzi na to, że i tak się dowiem, co nie?

-Jeśli doczekasz końca mojej zmiany…


     Kilka godzin później.

     Tym sposobem na podryw Martina okazał się spacer na plażę i spacerowanie pod rozgwieżdżonym niebem. Niby nic specjalnego, ale trzeba przyznać, że zawierało nutę romantyczności w sobie. Potem usiedliśmy na piasku. Zaczeliśmy opowiadać sobie śmieszne historie z dzieciństwa. W pewnym momencie nastała cisza. Żadne z nas nie kwapiło się, żeby ją przerwać. I właśnie wtedy mnie pocałował. I nie był to taki zwykły pocałunek w stylu amerykańskiego happy endu. Ten był wyjątkowo hiszpański. I nie mam tu na myśli jego pochodzenia tylko sposób całowania. Na początku byłam trochę zdziwiona. Znaliśmy się niespełna kilka godzin. No i potem pocałunek pogłębił się i z każdą kolejną chwilą stawał się coraz bardziej namiętny. Muszę przyznać, że nawet nieźle całował. Jednak jeśli w tej chwili za bardzo uruchomiliście wodze fantazji i myślicie, że było coś jeszcze... muszę was rozczarować, a raczej poinformować, że jeszcze taki, który by mnie na pierwszej randeczce przekonał się nie znalazł. W taki właśnie sposób minął dzień pierwszy.



poniedziałek, 23 marca 2020

Recenzja#18 - Eduardo Mendoza - ,,Król przyjmuje"

     Eduardo Mendoza jest laureatem nagrody Cervantesa przyznawanej co roku w miejscu narodzin Miguela Cervantesa - Alcalá de Henares najlepszym pisarzom tworzącym w języku hiszpańskim. Król przyjmuje jest pierwszym tomem trylogii Zasady dynamiki. Jest to jedna z jego najnowszych powieści.

     Akcja rozgrywa się w latach 60 i 70 ubiegłego wieku, za czasów Żelaznej Kurtyny, kiedy to sytuacja gospodarcza i polityczna nie była na zbyt właściwym torze. Eduardo rozpoczyna nakreślenie sytuacji jaka miała miejsce w tamtych czasach od swojej ojczyzny, potem przechodzi do Czech i Stanów Zjednczonych. Głównym bohaterem jest dziennikarz Rufo Batalla. Sądzę, że autor nie bez powodu obdarzył go tym właśnie nazwiskiem a nie innym. Batalla w języku hiszpańskim oznacza bitwę, która może być rozumiana na dwa sposoby. Bitwa jako opis sytuacji mającej miejsce w świecie otaczającym bohatera lub bitwa bohatera z samym sobą, mająca na celu odnalezienie samego siebie i własnego miejsca w świecie. Poznajemy Rufa w statecznym momencie jego życia, kiedy pracuje jako dziennikarz wykonując najmniej ważne zadania. Pewnego dnia dostaje zlecienie, które odmienia jego życie - ma zrobić reportaż z wesela księcia Liwonii. Opuszcza Barcelonę i udaje się na Majorkę. Poznaje osobiście Jego Królewską Mość, który traktuje go jak równego sobie. I tak szybko jak się pojawił tak znika z życia Rufa. Jak się później okaże nie na zawsze... Rufo potem przenosi się do ,,Gongu" gazety w stylu plotkarskim i tam pisze. Kilka miesięcy później postanawia podjąć w swoim życiu jedną z poważniejszych decyzji jaką jest imigracja do Stanów Zjednoczonych. Utopijny obraz Big Apple nabiera realistyczny obraz codzienności. Rufo znowu popada w rutynę. Nieco później w zupełnie nieoczekiwanych okolicznościach pojawia się książę Liwonii z nowym zadaniem dla niego.

     Zleca mu pewną misję, która nie spełnia się w tym tomie, więc może ziści się w kolejnym. I właśnie w tym momencie Eduardo Mendoza wciska w opowiadanie ksiącia zupełnie oddzielną i odmienną historię. Historię powstania Liwonii i jego ludu, która brzmi mega podobnie do historii powstania rodu Polan i życia Mieszka I. Zatem autor już pod sam koniec swojej powieści dokonuje wprowadzenia przerywnika pomiędzy nowojorską rzeczywistością a odległą historią. 

     Ogólnie powieść się czyta miło i przyjemnie, lecz przy odrobinie nieuwagi łatwo się pogubić w wielowątkowej fabule. 

Miłej lektury!
Rose


piątek, 14 lutego 2020

Walentynki??!

     Ostatnio trochę opuściła mnie wena, ale już chyba powoli wraca😆 Z okazji Walentynek mam dla Was opowiadanie o skomplikowanej miłości.💖💖

     Nadchodziły Walentynki, które dla jednych oznaczały wspaniały czas do wyznania swoich skrytych uczuć, dla innych wybranie się na romantyczniejszą randeczkę niż zazwyczaj (o ile to w ogóle możliwe;)), a dla pozostałych dzień jak co dzień, najwyżej z większą nutką smutku. I tak było w przypadku Esperanzy. Nie chodziło o to, że jeszcze nie spotkała w swoim osiemnastoletnim życiu swojej największej miłości. Jej serce było zajęte odkąd pierwszy raz go zobaczyła.
     A było to ponad dziesięć lat temu. Zakochana od pierwszego wejrzenia. Niby niemożliwe, a jednak. I co najbardziej zaskakujące, to to że uczucie to przetrwało aż do dziś. Z pozoru może się to wydawać aż niemożliwe, ale jednak stało się. Widywała go kilka razy w miesiącu, potem tylko raz na miesiąc, aż w końcu niemalże w ogóle. Pod względem charakteru pasowali do siebie perfekcyjnie. Jednak żadne z nich nie miało odwagi zrobić tego pierwszego kroku, który w tej sytuacji znaczyłby tyle co przekroczenie Rubikonu. W każdej wolnej chwili Esperanza myślała o nim. Jednak ile tak można w nieskończoność bez żadnego skutku i efektu. W końcu nadszedł jeden styczniowy dzień, który zmienił całkowicie jej życie...
     W dzisiejszych czasach mając dostęp do internetu można bez problemu śledzić ludzi nie ruszając się z domu. Po jakimś czasie można dojść niemalże do takiej wprawy, że ze zdjęć wrzuconych do neta kojarzysz, kto jest kim idąc ulicą i nie rozmawiając uprzednio z daną osobą. Jednak ta umiejętność może nieść z sobą także i te negatywne strony jakimi może być na przykład rozczarowanie. Tego ostatniego uczucia, a także wielu innych doświadczyła Esperanza kiedy pewnego razu natknęła się na jego zdjęcie całującego się z inną dziewczyną. Emocje, których doświadczyła były nie do opisania. Najpierw szok i niedowierzenie, potem rozczarowanie i fale smutku, uczucie oszukania, fala negatywnych myśli w stosunku do tamtej dziewczyny i załamanie. Na szczęście nie płakała, bo cóż by to dało w tej sytuacji? Naraz wszystkie wątpliwości i pytania, na które wcześniej nie potrafiła znaleźć odpowiedzi stały się jasne i dziecinnie proste. Nie bez powodu przestał jeździć razem z nią do szkoły i za każdym razem, gdy chciała się z nim spotkać odnajdywał jakąś wymówkę. Tylko fakt, że ostatni raz widzieli się dawno temu pozwalał Esperanzie powstrzymać potok tych nieprzyjemnych uczuć, spojrzeć w inny sposób na świat (tym razem bardziej realistycznie) i optymistycznym krokiem ruszyć naprzód w życie. Życie, które jest krętą drogą, na której co pewien czas wpadamy na jakiś zakręt lub idziemy w złym kierunku.




P.S. Postanowiłam tym razem napisać opowiadanie bardziej w stylu psychologicznym. Nie chciałam iść w nim różową drogą, w którym opisałabym walentynki w sposób stereotypowy, czyli bukiety róż, romantyczne randeczki etc. Nie zawsze ten dzień jest dla wszystkich bajeczny, a poza tym życie jest jak karuzela. Nigdy nie wiesz, co cię spotka...