poniedziałek, 5 października 2020

Idilio cz.2

      Rano obudziły mnie promienie wschodzącego słońca. Co mogło oznaczać tylko jedno - pięknie zapowiadający się dzień. Szybko wyskoczyłam z łóżka i ubrałam się w strój do biegania. Pamiętajcie, dzień bez joggingu to dzień stracony. Na idealne miejsce do biegania wybrałam promenadę nadmorską, gdzie nie dość, że rozciągał się boski widok, to jeszcze o tej godzinie było niewiele ludzi. Biegłam i wszystko było idealne. W słuchawkach pobrzmiewał mi hit Davida Bisbala, gdy nagle go ujrzałam (oczywiście nie chodzi tu o Bisbala ;D). Bosz, ten chico był niczym grecki bóg. Idealny w każdym calu. Ciekawe czy ma też idealną duszę? I nagle obraz się skończył i zobaczyłam ciemność.

     Nie wiem ile czasu minęło, ale wiem że znajdowałam się w jakimś obcym dla mnie miejscu. Sufit pokryty był wiosłami, a ja  leżałam na dmuchanym materacu, a dookoła mnie stały kajaki. Podniosłam się i w tym właśnie momencie do pomieszczenia wszedł ON. Mój chico perfecto. Był taki boski, że aż nierealny. A może mi się tylko tak wydawało, bo nie ocknęłam się jeszcze ostatecznie z omdlenia. 

-Jak się czujesz? - zapytał z troską w głosie.

-Już lepiej. Chyba nic mi już nie jest - i powiedziawszy to spróbowałam podnieść się jeszcze bardziej, lecz tylko mocniej zakręciło mi się w głowie.

-Powinnaś jeszcze trochę odpocząć, zanim stąd pójdziesz - powiedział siadając na skraju materaca - zapewne się zastanawiasz co się stało? - zapytał, a ja tylko pokiwałam głową, przez co on kontynuował - Biegłaś i nagle straciłaś przytomność, nie wiem dlaczego. Miałaś szczęście, że akurat przyszedłem do pracy i miałem otwierać tą budkę z kajakami. No i przyniosłem cię tutaj.

-Dziękuję ci najmocniej...

-Pedro. Mam na imię Pedro. Nie ma za co. Każdy by tak postąpił.

-Nie każdy, dlatego cieszę się, że na ciebie trafiłam, Pedro. - odparłam i po dłuższej chwili zapytałam - Długo byłam nieprzytomna?

-Z jakieś niecałe pół godziny. Trochę się wystraszyłem, że się nie obudzisz.

-Bez obaw. Myślę że jeszcze z godzinka i mi minie całkowicie - odrzekłam z uśmiechem.

-Jak już wydobrzejesz to zapraszam cię na kajaki. Pokażę ci piękne zatoczki w okolicy.

-Dzięki za zaproszenie. Wpadnę do ciebie jak skończysz pracę. 

     Kilka godzin później, po raz drugi już tego dnia kierowałam się w stronę budki z kajakami. No coż, nie moja wina, że tak mnie przyciąga do siebie. Tym razem miałam spędzić popołudnie z cudownym chłopakiem od kajaków, który uratował mi życie. I to jeszcze na kajakach, wiosłując do malowniczych zatoczek. Chyba nie mogłabym wymarzyć sobie lepszego popołudnia. Już z oddali zauważyłam jak Pedro do mnie macha. Czekał już na mnie z kajakiem. Jak mi powiedział zdecydował się na jeden podwójny, żebym się więcej nie frasowała po porannym incydencie. Kochany! Wypłynęliśmy na pełne morze (no może prawie pełne, bo brzeg był jeszcze widoczny). Po w miarę długim czasie wiosłowania dotarliśmy do celu. Akurat złożyło się tak, że nasze dopłynięcie złożyło się w czasie z zachodem słońca, więc mieliśmy naprawdę cudny widok. Niebo przybrało przeboskie żółto-pomarańczowe barwy, a promienie słońca odbijały się w tafli morza nadając zatoczce jeszcze bardziej bajkowego wyglądu. Usiedliśmy na plaży zapatrzeni w kolorowy horyzont rozciągający się przed naszymi oczami. Nie potrzebowaliśmy słów, aby czuć się dobrze w swoim towarzystwie i pięknie hiszpańskiego krajobrazu.


poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Idilio cz.1

      Zastanawialiście się kiedyś w ilu można być związkach na raz, tak aby żaden z twoich partnerów się nie skapnął? To dopiero musiałby być niezły wyczyn. Zwłaszcza wtedy, gdy jest się na wakacjach w słonecznej Hiszpanii. I stykasz się z mnóstwem przystojnych Hiszpanów. Och, marzenie! Jednak to działo się naprawdę. Jeśli doliczyć jeszcze alkohol, plaże i słońce to wyjdzie z tego szalona aventura.

     Po długim locie wreszcie wylądowałam w mojej ojczyźnie. Właściwie obywatelstwo mam zupełnie inne, jednak lubię tak mówić, bo w sercu czuję to czego nie ma w papierach. Otworzyłam drzwi do mojego pokoju hotelowego i rzuciłam się na łóżko, żeby uciąć sobie popołudniową siestę. Z postanowieniem, że wieczorem udam się na mały rekonesans miejscowości… 

     Było około godziny dziewiątej wieczorem. Ulice Hiszpanii zaczynały powoli budzić się do życia. Z ulicznych barów i dyskotek dochodziła taneczna muzyka, a sprzedawcy sklepików zachęcali do zakupów u nich. Weszłam do pobliskiego pubu. Usiadłam przy barze i zamówiłam kieliszek vino tinto i tapas. Tak wpatrzyłam się w zawartość kieliszka, że nie zdałam sobie sprawy, że obok mnie ktoś usiadł. Spojrzałam na niego. Uroda typowo hiszpańska. Taka mieszanka Shawna Mendesa z tym Miguelem co grał Rio w La casa de papel. Musiał wyczuć mój wzrok na sobie, bo spojrzał na mnie i się uśmiechnął.

-!Hola! ?Cómo estas?

-!Hola! Muy bien, ?y tu?

-Jestem Martin. Jesteś tu pierwszy raz, prawda?

-Tak. Skąd wiesz?

-Na pewno bym ciebie zapamiętał, a poza tym różnisz się od miejscowych dziewczyn…

-Mogłabym się dowiedzieć czym…?

-Jesteś sama. Jak się rozejrzysz dookoła to zobaczysz, że każdy jest w grupie swoich

znajomych lub rodziny.

-Ty też nie jesteś w grupie…

-Tyle tylko, że ja tu pracuję i właśnie przyszedłem. Ale nie przejmuj się znajdę ci companię.

-Codziennie tu pracujesz? - zapytałam się starając się skierować rozmowę na nieco inne tory.

-Prawie. Dwa dni w tygodniu mam wolne.

-I wtedy co robisz?

-No cóż… wiele rzeczy. Surfuję, ale nie po necie tylko falach, no i chodzę po barach i

podrywam.

-Jestem ciekawa jaki jest twój skuteczny sposób na podryw. Zdradzisz mi go?

-Takich rzeczy się nie mówi, ale jeśli pozwolisz się poderwać to się dowiesz…

-Uff ale się tutaj zrobiło gorąco. W sumie wychodzi na to, że i tak się dowiem, co nie?

-Jeśli doczekasz końca mojej zmiany…


     Kilka godzin później.

     Tym sposobem na podryw Martina okazał się spacer na plażę i spacerowanie pod rozgwieżdżonym niebem. Niby nic specjalnego, ale trzeba przyznać, że zawierało nutę romantyczności w sobie. Potem usiedliśmy na piasku. Zaczeliśmy opowiadać sobie śmieszne historie z dzieciństwa. W pewnym momencie nastała cisza. Żadne z nas nie kwapiło się, żeby ją przerwać. I właśnie wtedy mnie pocałował. I nie był to taki zwykły pocałunek w stylu amerykańskiego happy endu. Ten był wyjątkowo hiszpański. I nie mam tu na myśli jego pochodzenia tylko sposób całowania. Na początku byłam trochę zdziwiona. Znaliśmy się niespełna kilka godzin. No i potem pocałunek pogłębił się i z każdą kolejną chwilą stawał się coraz bardziej namiętny. Muszę przyznać, że nawet nieźle całował. Jednak jeśli w tej chwili za bardzo uruchomiliście wodze fantazji i myślicie, że było coś jeszcze... muszę was rozczarować, a raczej poinformować, że jeszcze taki, który by mnie na pierwszej randeczce przekonał się nie znalazł. W taki właśnie sposób minął dzień pierwszy.



poniedziałek, 23 marca 2020

Recenzja#18 - Eduardo Mendoza - ,,Król przyjmuje"

     Eduardo Mendoza jest laureatem nagrody Cervantesa przyznawanej co roku w miejscu narodzin Miguela Cervantesa - Alcalá de Henares najlepszym pisarzom tworzącym w języku hiszpańskim. Król przyjmuje jest pierwszym tomem trylogii Zasady dynamiki. Jest to jedna z jego najnowszych powieści.

     Akcja rozgrywa się w latach 60 i 70 ubiegłego wieku, za czasów Żelaznej Kurtyny, kiedy to sytuacja gospodarcza i polityczna nie była na zbyt właściwym torze. Eduardo rozpoczyna nakreślenie sytuacji jaka miała miejsce w tamtych czasach od swojej ojczyzny, potem przechodzi do Czech i Stanów Zjednczonych. Głównym bohaterem jest dziennikarz Rufo Batalla. Sądzę, że autor nie bez powodu obdarzył go tym właśnie nazwiskiem a nie innym. Batalla w języku hiszpańskim oznacza bitwę, która może być rozumiana na dwa sposoby. Bitwa jako opis sytuacji mającej miejsce w świecie otaczającym bohatera lub bitwa bohatera z samym sobą, mająca na celu odnalezienie samego siebie i własnego miejsca w świecie. Poznajemy Rufa w statecznym momencie jego życia, kiedy pracuje jako dziennikarz wykonując najmniej ważne zadania. Pewnego dnia dostaje zlecienie, które odmienia jego życie - ma zrobić reportaż z wesela księcia Liwonii. Opuszcza Barcelonę i udaje się na Majorkę. Poznaje osobiście Jego Królewską Mość, który traktuje go jak równego sobie. I tak szybko jak się pojawił tak znika z życia Rufa. Jak się później okaże nie na zawsze... Rufo potem przenosi się do ,,Gongu" gazety w stylu plotkarskim i tam pisze. Kilka miesięcy później postanawia podjąć w swoim życiu jedną z poważniejszych decyzji jaką jest imigracja do Stanów Zjednoczonych. Utopijny obraz Big Apple nabiera realistyczny obraz codzienności. Rufo znowu popada w rutynę. Nieco później w zupełnie nieoczekiwanych okolicznościach pojawia się książę Liwonii z nowym zadaniem dla niego.

     Zleca mu pewną misję, która nie spełnia się w tym tomie, więc może ziści się w kolejnym. I właśnie w tym momencie Eduardo Mendoza wciska w opowiadanie ksiącia zupełnie oddzielną i odmienną historię. Historię powstania Liwonii i jego ludu, która brzmi mega podobnie do historii powstania rodu Polan i życia Mieszka I. Zatem autor już pod sam koniec swojej powieści dokonuje wprowadzenia przerywnika pomiędzy nowojorską rzeczywistością a odległą historią. 

     Ogólnie powieść się czyta miło i przyjemnie, lecz przy odrobinie nieuwagi łatwo się pogubić w wielowątkowej fabule. 

Miłej lektury!
Rose


piątek, 14 lutego 2020

Walentynki??!

     Ostatnio trochę opuściła mnie wena, ale już chyba powoli wraca😆 Z okazji Walentynek mam dla Was opowiadanie o skomplikowanej miłości.💖💖

     Nadchodziły Walentynki, które dla jednych oznaczały wspaniały czas do wyznania swoich skrytych uczuć, dla innych wybranie się na romantyczniejszą randeczkę niż zazwyczaj (o ile to w ogóle możliwe;)), a dla pozostałych dzień jak co dzień, najwyżej z większą nutką smutku. I tak było w przypadku Esperanzy. Nie chodziło o to, że jeszcze nie spotkała w swoim osiemnastoletnim życiu swojej największej miłości. Jej serce było zajęte odkąd pierwszy raz go zobaczyła.
     A było to ponad dziesięć lat temu. Zakochana od pierwszego wejrzenia. Niby niemożliwe, a jednak. I co najbardziej zaskakujące, to to że uczucie to przetrwało aż do dziś. Z pozoru może się to wydawać aż niemożliwe, ale jednak stało się. Widywała go kilka razy w miesiącu, potem tylko raz na miesiąc, aż w końcu niemalże w ogóle. Pod względem charakteru pasowali do siebie perfekcyjnie. Jednak żadne z nich nie miało odwagi zrobić tego pierwszego kroku, który w tej sytuacji znaczyłby tyle co przekroczenie Rubikonu. W każdej wolnej chwili Esperanza myślała o nim. Jednak ile tak można w nieskończoność bez żadnego skutku i efektu. W końcu nadszedł jeden styczniowy dzień, który zmienił całkowicie jej życie...
     W dzisiejszych czasach mając dostęp do internetu można bez problemu śledzić ludzi nie ruszając się z domu. Po jakimś czasie można dojść niemalże do takiej wprawy, że ze zdjęć wrzuconych do neta kojarzysz, kto jest kim idąc ulicą i nie rozmawiając uprzednio z daną osobą. Jednak ta umiejętność może nieść z sobą także i te negatywne strony jakimi może być na przykład rozczarowanie. Tego ostatniego uczucia, a także wielu innych doświadczyła Esperanza kiedy pewnego razu natknęła się na jego zdjęcie całującego się z inną dziewczyną. Emocje, których doświadczyła były nie do opisania. Najpierw szok i niedowierzenie, potem rozczarowanie i fale smutku, uczucie oszukania, fala negatywnych myśli w stosunku do tamtej dziewczyny i załamanie. Na szczęście nie płakała, bo cóż by to dało w tej sytuacji? Naraz wszystkie wątpliwości i pytania, na które wcześniej nie potrafiła znaleźć odpowiedzi stały się jasne i dziecinnie proste. Nie bez powodu przestał jeździć razem z nią do szkoły i za każdym razem, gdy chciała się z nim spotkać odnajdywał jakąś wymówkę. Tylko fakt, że ostatni raz widzieli się dawno temu pozwalał Esperanzie powstrzymać potok tych nieprzyjemnych uczuć, spojrzeć w inny sposób na świat (tym razem bardziej realistycznie) i optymistycznym krokiem ruszyć naprzód w życie. Życie, które jest krętą drogą, na której co pewien czas wpadamy na jakiś zakręt lub idziemy w złym kierunku.




P.S. Postanowiłam tym razem napisać opowiadanie bardziej w stylu psychologicznym. Nie chciałam iść w nim różową drogą, w którym opisałabym walentynki w sposób stereotypowy, czyli bukiety róż, romantyczne randeczki etc. Nie zawsze ten dzień jest dla wszystkich bajeczny, a poza tym życie jest jak karuzela. Nigdy nie wiesz, co cię spotka...  

sobota, 21 grudnia 2019

Nocna rozmowa cz.4

— Tak, właśnie. Miłość. W rodzinie, między przyjaciółmi, bo mogę im powiedzieć wszystko.

— Rozumiem — odrzekła drżącym głosem. Wspomnienia wracały, natarczywie jak zawsze.

— Coś się stało?

— Nie — zaprzeczyła i uśmiechnęła się lekko by pokazać, że jest okej.

— Widzę, że jest inaczej. Tak samo robiła moja siostra. Przypominasz mi ją.

— To o niej wcześniej mówiłeś? — spytała niepewnie. 
Wiatr poruszał jej włosami, przypomniał sobie, kiedy widział swoją siostrę w podobnej sytuacji. Tylko zapłakaną. 

— Tak, ale nie mówmy o tym. — powiedział cicho i dodał — Powiesz mi, co się dzieje?

— Wspomnienia — powiedziała wreszcie niechętnie.

— Rozumiem.

      Tym razem milczeli dłużej, każde zanurzyło się w swojej przeszłości. A gdy, dziewczyna na niego spojrzała, ujrzała łzy w jego oczach, a gdyby on spojrzał na nią, zobaczyłby je także.

      Dudniąca muzyka z dołu ucichła, a zamiast niej poleciała wolna piosenka. Chłopak odwrócił się do niej z zawadiackim uśmiechem na ustach.

— Zatańczysz? — spytał.

     Ona roześmiała się, pokręciła głową, ale wreszcie się zgodziła. 

     Chwycił więc jej rękę i przyciągnął ją do siebie. Zaczęli powoli poruszać się w rytmie muzyki.

     Jej serce mocniej biło, była z nim tak blisko, głową prawie dotykała jego klatki piersiowej, a jej dłonie w jego rękach drżały, nigdy nie była tańczyła z obcym chłopakiem. Czuła lekkie duszności, mimo że była na świeżym powietrzu.

— Dobrze tańczysz.

— Dziękuję — zarumieniła się lekko, lecz on i tak nie mógł tego dostrzec w ciemności.
Skończyli tańczyć w milczeniu, tylko czasem ich wzrok się spotykał, rozpalając w nich obu zapomniane uczucia.
      Po piosence znów stanęli przy barierce.

— Czy jest tak, że im bardziej czegoś pragniemy, tym jest to dalsze? Mniej możliwe? — spytała nagle.
      Znów zaciskała ręce na barierce, jakby bała się upadku. Właściwie, naprawdę tak było. 

— Nie wydaje mi się, przecież im bardziej tego pragniemy, tym bardziej do tego dążymy, staramy się. Więc jest większa szansa, że się uda.

— No tak, ale czasem to już chyba nie jest możliwe.

— A może to tylko tobie się tak wydaje?

— Nie wiem — westchnęła — Może tak.
     Zadrżała cała, tym razem z zimna. Chłopak zauważył to.

— Może wejdziemy do środka, w końcu na dworze nie jest najcieplej.

— Dobrze — zgodziła się. 

       Żal jej było opuszczać balkon, tutaj mogła patrzeć w niebo, ale nie chciała przeziębić się przed wigilią, co może i tak zrobiła, w końcu długo stała na zimnym powietrzu.

        Chłopak otworzył drzwi i przepuścił dziewczynę, która od razu skierowała się w stronę łóżka. Usiadła na brzegu, a on podszedł do niej i usiadł obok. Tutaj było jeszcze ciemniej, ale żadne z nich nie czuło potrzeby zapalania światła, poznali się po ciemku i miało tak zostać. 

— Nie sądzisz, że powinieneś już iść na dół? — spytała, a widząc zdziwiony wzrok chłopaka, szybko dodała — Nie żebym cię wyganiała, tylko zastanawiam się, czy nie chcesz iść na dół, do swoich znajomych.

— Nie chcę — powiedział cicho, nie patrząc na nią — Oni wszyscy już się upili, jak mówiłem, chcą zapomnieć.

— Ty też? — spytała, patrząc na niego łagodnie.

— Tak — westchnął.

— A jednak jesteś tu, a nie tam — zauważyła. 

— Czasem trudno nie pamiętać o bólu, nienawidzę go, ale stał się częścią mnie. Ty mi pozwoliłaś dzisiaj chwilami zapomnieć — spojrzał na nią z uśmiechem — To lepsze niż alkohol. Ten wieczór był jednym z najlepszych.

— Cieszę się — uśmiechnęła się jakby żywiej, z prawdziwą radością. Oczy znów zalśniły, jakby te słowa dodały im sił.

      Wstała z łóżka i włączyła światło, a potem się przewróciła. Chłopak zerwał się z łóżka i podszedł do niej, ale ona już wstawała. Podał jej rękę, a ona ją złapała.

— To przez moją chorobę, czasem mi się zdarza — wyjaśniła, patrząc w podłogę.

— Ej, spójrz na mnie — powiedział zmartwiony.

      Podniosła lekko głowę i spojrzała. A chłopakowi aż tchu zabrakło w piersiach. Była piękna. Puścił jej rękę, bo nawet nie zauważył, że trzymał ją cały czas. 

— Usiądźmy — powiedziała, nie zdając sobie sprawy, jakie wrażenie wywarła na Juanie. Na niej, jego wygląd nie zrobił takiego wrażenia, ona była zachwycona tym co chłopak mówił i w jaki sposób, a nie wyglądem. 

— Nie patrz tak na mnie — zwróciła wreszcie mu uwagę, bo nie odrywał od niej wzroku. Zaczęła wyczuwać, że mu się spodobała. To było całkiem nowe uczucie, pierwszy raz w życiu poczuła się naprawdę ładna. Doceniona.

— Przepraszam, po prostu zamyśliłem się — skłamał, a ona spojrzała na niego z lekkim zniedowierzaniem.

— Okej — powiedziała jednak i dodała — Może zejdziemy na dół?

     Tego pytania się po niej nie spodziewał.

— Na pewno chcesz? — upewniał się jeszcze. 

— Tak — odpwiedziała z nieoczekiwaną pewnością siebie. Uśmiechnęła się do niego i wstała, nie zamierzała marnować już ani minuty. Jeśli śmierć miała przyjść, to co za różnica w jakim momencie? 

                                                                                                                                Rusałka

sobota, 7 grudnia 2019

Nocna rozmowa cz.3

— Tam na dole, ludzie właśnie się upijają, by zapomnieć o problemach. Zgromadzili się wszyscy, dla których jutrzejsze święta będą najgorszymi dniami.

— To wiele wyjaśnia — znów westchnęła — Czemu na świecie jest tyle zła?

     Odpowiedziała jej cisza. Bo tym razem co miał jej odpowiedzieć?

— W nocy zawsze wszystko wydaje się inne — zmieniła temat, chociaż właściwie, może nie do końca.

— Tak, w nocy można zobaczyć więcej.

— Dużo więcej — zgodziła się z nim, odwracając się do niego i obdarzając uśmiechem, oczy jej błyszczały, jakby miała łzy, ale tylko chwilę. Nawet nie wiedział, czy tylko mu się nie wydawało.

— Boisz się śmierci? — spytała lekko wyzywająco. Zmieniała się co chwilę, raz taka, raz inna. Nieuchwytna. 

     Tym razem on się roześmiał zaskoczony.

— Nie wiem, nigdy o tym nie myślałem.

— Ja myślę o niej codziennie. Nigdy nie wiesz, co cię spotka, nie wiesz, czy jutro nie umrzesz —odpowiedziała, patrząc mu przekornie w oczy.

— No tak, ale... Nie wyobrażam sobie tego, jestem młody, nie mogę teraz umrzeć.

— A jednak tyle młodych ludzi umiera w wypadkach, z powodu chorób. To jest możliwe, nie wiesz, co będzie jutro. Nawet nie wiesz, czy się obudzisz.

— Masz rację, ale śmierć wydaje się czymś odległym.

— A mi bliskim. To taka dawno niewidziana przyjaciółka, od wielu lat nie mogę doczekać się, kiedy mnie odwiedzi.

     Spojrzał na nią zdumiony. Takich słów się nie spodziewał, pomimo widocznego smutku dziewczyny.
     Zbliżył się do niej i położył rękę na jej ręce, którą trzymała się poręczy, zadrżała na dotyk.

— Nie mów tak — powiedział łagodnie — Życie jest najpiękniejszym darem, nie możesz zrezygnować z niego i na nią po prostu czekać.

— Mogę — odpowiedziała z kpiącym uśmiechem — Bo właśnie to robię.
Mówiąc w ten sposób, nie poznawała siebie, ale to już było normalne. Ciągle udawała.

— Ale nie czujesz się z tym dobrze — stwierdził — Czemu tak żyjesz? Zamykasz się na ludzi i czekasz na śmierć? Co to za życie?

— Nie wyciągaj pochopnych wniosków, nie znasz mnie — broniła się, jednak po chwili dodała z westchnieniem — Ale chyba masz trochę racji.

— Może jesteś zamknięta, to jednak znałem osobę, która myślała podobnie. I nie udało mi się jej uratować.

— Przykro mi — szepnęła jedynie, wiedząc, jak to jest kogoś stracić.

— Była moim promyczkiem słońca, moją gwiazdką, a zgasła tak szybko — powiedział, przypominając sobie uśmiechniętą twarz siostry.

— Czasem tracimy ludzi, których kochamy. 

     I milczeli, wpatrując się w te kilka gwiazd widocznych na niebie.

— Czuję się zagubiona w tym wielkim świecie. Abstrahując od tego, co mówiłam. Po prostu nie wiem co mam robić, do czego dążyć.

— Do szczęścia, radości, spokoju. Ludzi, którym zaufasz.

— Tak sądzisz? Naprawdę? — spojrzała mu w oczy z nadzieją. Ale w głębi serca czuła, że to niemożliwe. 

— Tak. W takim miejscu będzie ci dobrze.

— Ale czy kiedykolwiek znajdę takie miejsce? — wątpiła w to. 

— A tutaj jak ci jest? — spytał, patrząc na nią badawczo. 

— Chyba nie będę potrafiła być do końca szczęśliwa. Choroba mi tyle odebrała — zmieniła temat, nie chciała odpowiadać na to pytanie. 

— A na co chorujesz? - spytał niepewnie, jakby bojąc się, że ją spłoszy.

     Spojrzała na niego w milczeniu, patrzyła mu długo w oczy, nim się odezwała.

– Nie ważne. To tylko choroba, która zniszczyła mi życie — znowu mówiła kpiącym tonem, ale też trochę zrezygnowanym — Mogę umrzeć w każdej chwili, ale mogę przeżyć jeszcze nawet te siedemdziesiąt lat. Niepewność czasem mnie męczy.

— Nie musisz nic mówić, jak nie chcesz— powiedział z lekkim żalem. 

— Dużo przeżyłam w życiu, nie tylko tę chorobę, może dlatego już nie mam sił, by walczyć i mam wszystkiego dość. Ale nie przejmuj się, teraz tak mówię, a za chwilę znów będę się śmiać i tylko chcieć wolności.

– Każdy jej pragnie.

— Ty też? — spojrzała na niego uważnie, jakby te słowa miały wielkie znaczenie.

— Tak, tylko chyba definiuję ją inaczej niż ty. Dla mnie to nie ucieczka. Dla mnie to miłość.

— Miłość? — powtórzyła lekko zaskoczona, przypomniało jej się, że kiedyś też tak uważała. Jak dawno temu to było!

                                                                                                                               Rusałka